Specjalne, czerwone chusty uczestników zlokalizowanego wtedy pod Kliczkowem obozu harcerskiego „Malta” miały więc w zarysie granic Polski umieszczony symbol XX, a jego główną bramę zdobiły wykonane przy pomocy uczestników z płyty pilśniowej duże, pomalowane na biało-czerwono „dwudziestki”.
„Maltańskie” namioty rozbito na osłoniętej z jednej strony wysoką, stromą skarpą łączce, z drugiej ograniczonej korytem Kwisy, opodal prowizorycznie wówczas odremontowanego po wojennym uszkodzeniu mostu drogowego, przerzuconego nad tą rzeką.
Uczestnikami obozu byli głównie harcerze z Bolesławca, ponadto niezorganizowana w dużej części wrocławska młodzież spoza ZHP tudzież niewielkie skautowe grupy nastoletnich gości ze Szwajcarii, Rumunii i badajże Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Wszyscy oni mieli chusty z symbolicznym wizerunkiem kuli ziemskiej, ozdobionym napisem „MALTA”. Na północnym biegunie wyobrażenia naszego globu siedział słynny, picassowski biały gołąbek.
Obozowy piec, na którym przygotowywano ciepłe posiłki, wymurowano z cegły na niewielkim podwyższeniu terenu blisko rzeki, opalano go dostarczanym węglem. Główne wyposażenie kuchni stanowiły aluminiowe gary, patelnie i wielkie chochle. Stołówkę zmontowano z długich, drewnianych stołów i ław, zabezpieczonych przed deszczem płóciennymi zadaszeniami. Jako najczęstszy dodatek do posiłków pojawiał się chleb ze świetną marmoladą lub lubianym przez większość obozowiczów sztucznym miodem.
Śniadania, obiady i kolacje wybornie smakowały hasającym po okolicznych lasach i kąpiącym się w Kwisie harcerkom, harcerzom i ich gościom. Główną „umywalnię” obozową wykonano na brzegu rzeki z długich desek, tworzących trzy stopnie. Najniższy z nich dotykał poziomu rzeki, więc gdy wody w Kwisie przybywało – niknął w jej odmętach.
Przy umywalni leżały miednice, jednak najczęściej schodzono na piaszczyste dno i myto się bezpośrednio w Kwisie. Ekologia była wtedy jakby mniej istotna, warto jednak zaznaczyć, iż dziewczęta miały dodatkową, bardziej komfortową „łaźnię”. Listę urządzeń sanitarnych uzupełniały wkopane w skarpę doliny rzecznej wieloosobowe latryny.
Przy namiocie kadry często stał gazik z powojennego demobilu i polski skuter „Osa”. Jeździł nim kwatermistrz, chłopcy podziwiali ów rodzimy pojazd – zwłaszcza wtedy, gdy maszynę prowadziła atrakcyjna instruktorka.
Na obrzeżu zamkowego parku istniała jeszcze w owym czasie powoli już niszczejąca kaplica grobowa, wewnątrz zabytku uwagę zwracał sarkofag z postacią leżącego człowieka w zbroi. Ten sakralny obiekt i jego otoczenie bywały jednym z punktów wycieczek krajoznawczych.
Organizowano też wyprawy do istniejącej wówczas – a nawet jeszcze pracującej, starej elektrowni wodnej, ulokowanej na obrzeżu parku zamkowego. Po sezonie przechowywano w stojących przy niej zabudowaniach część harcerskiego sprzętu biwakowego ościennych hufców. Na murach energetycznego przybytku widniały wyryte, znaczone resztkami wykruszonej farby linie, przypominające poziomy największych przyborów Kwisy podczas dawnych powodzi.
Drugi turnus obozu zakończył się przedwcześnie w dramatycznych okolicznościach. Spowodowała je nieoczekiwanie gwałtownie wezbrana rzeka, pewnej nocy wpływająca do stojących nad jej nurtem namiotów. Szum smolistej wody w mroku, widok pływających w świetle latarek butów i innych elementów odzieży budził lęk, obyło się jednak bez paniki. Co prawda natężenie emocji sięgnęło w pewnym momencie zenitu, ale ostatecznie nikt nie ucierpiał !
W miejscu, gdzie dziś rzekę przegradza zapora nowej kliczkowskiej elektrowni, wisiał dawniej krótki most linowy. Powódź wypłukała przy jego przyczółku grunt, odgradzając przeprawę od brzegu pasem szybko płynącej wody. Osłabiła ona system korzeniowy paru rosnących blisko drzew, te zaś upadając utworzyły sklecony z dwóch pni chwiejny pomost, przedłużający niejako wiszący most.
Cztery lata po zakończeniu „Malty” w jego pobliżu zorganizowano kolejny harcerski biwak. Uczestnicy obozowiska traktowali kombinowaną przeprawę jako miejsce ćwiczenia równowagi. Pokonywanie śliskich pni nie było łatwe, zbyt pewne siebie osoby szybko lądowały w wodzie.
Urokliwa Kwisa, przywołująca sentymentalne wspomnienia, dzisiaj też jest doceniana przez bolesławieckich – i nie tylko miejscowych - harcerzy.



